Jak do tego doszło? Nie wiem 🤣
Mogę się tylko domyślać… Leży człowiek sobie z gorączką, 5 dni, cieplutko, 39 stopni. Już myśli, że pozamiatane, już się wita z gąską, a w głowie tworzy chytry plan, na co wydać te tysiące zaoszczędzone na studiach w Łodzi, jeśli nie pojawi się na weekendzie zaliczeniowym i go wywalą. Aż tu nagle następnego dnia, ni z gruchy, ni z pietruchy, 36,6 i powrót do żywych.Domyślam się, że to magia działania rumu z zalecenia koleżanki. Przysięgam, że żadne inne naturalne środki nie odniosły tak spektakularnego rezultatu. A zeżarłam tego przez ten czas mnóstwo. Imbir, czosnek, kurkumina, witamina C, propolis i jeszcze kilka innych… Jest jeszcze nadzieja, że póki co edukacja, a nie czerwony samochód bez dachu. Trochę jednak smutek — już czułam ten wiatr we włosach.
Wyglądam przez okno. Dwa dni do niego nie podchodziłam, bo siły ledwo starczało do toalety. A tam jakieś dobre 50 cm śniegu na popciowozie! 11 rok mieszkam w Trójmieście, ale tyle co najebało, to pierwszy raz tu widzę. Do lipca nie stopnieje. Bez szans. Nakrętki zdziałały cuda (z tego miejsca apeluję, żeby ten zakaz cofnąć — nie dajmy się zwariować, starczy tej zimy i tego śniegu).
Z nostalgią przypomniały mi się srogie mazurskie zimy, kiedy to, żeby wyjechać z domu, trzeba było najpierw odtańczyć taniec odśnieżający z łopatą, a i tak na jakimś etapie człowiek się zakopał i sąsiedzi wypychali go z ulicy.
Problem jest taki, że zima mnie zaskoczyła i nie mam łopaty. Ba, nie mam nawet czym po nią jechać. Poza tym, po grypie obawiam się, że mogę nie dać rady tej łopacie…
Dodatkowo nic nie umiem, bo przez ostatnie dni myślałam, że już bliżej niż dalej i raczej trzeba pisać testament i wzywać księdza...
Kurka, jadąc za kierownicą, nic się nie nauczę, a te pięć godzin drogi to moja jedyna szansa, żeby zaliczyć te trzy koła i dwa egzaminy (ambitnie, po godzinie na przedmiot — proszę nie oceniać).
Na przypale albo wcale - czyli życiowa dewiza znów znalazła zastosowanie. Nie było wyjścia — pociąg. Ostatnio jechałam tym przybytkiem jednorazowo jakieś 5 lat temu, jak mój samochód solidnej, niemieckiej produkcji zaniemógł. Bilet kupowałam w drodze na dworzec. Polecam last minute — promka była -50 procent. Z moim ADHD nie zdążyłam na pociąg w Sopocie, więc wsiadłam w Gdańsku.
Może warto rozważyć jednak te tabletki z amfetaminą na ADHD? Może żyłoby się łatwiej?
Wylosowałam ostatni wagonik i moja pierwsza myśl: matko i córko, a jak mnie odczepią?
Komunikaty nadają tak cicho… A słuch już nie ten po 10 latach w szkole. Lektor ma wadę wymowy, pewnie był z promocji jak mój bilet. Nie ma szans, że usłyszę, jak powiedzą, że chcą mnie odczepić. Na szczęście w połowie trasy ostatni stali się pierwszymi i nastąpiła zmiana kierunku jazdy. Też się przeraziłam, bo przecież Łódź jest na południe od Gdyni — to w jednym kierunku.
Koleżanka od rumu podsuwa pomysł, żeby sprawdzić, czy w Warsie nie mają małpek (efekt podtrzymujący, żeby grypa na pewno nie wróciła). Myślę sobie tylko, żebym po tej małpce z walizką wysiadła i koniecznie w Łodzi. Chodzi konduktorka, chce dokument tożsamości.
Po co? Żeby wiedzieć, kto się w Warsie małpką nabzdryngolił? Albo sprawdza, czy nie jestem Grażyna za ten bilet z promocji.
Wiecie, ile teraz wyciągają pociągi? Taka prędkość jak popciowóz na autostradzie — aż strach, jak to się wykolei.
Za moich czasów na Mazurach to to jechało tak wolno, że można było wysiąść, nazbierać grzybów i wskoczyć. To było za dzieciaka, ale całkiem niedawno (naście lat temu, jak człek prawko zrobił) to nawet pod domem na przejeździe kolejowym przepuścił pociąg, gnał przez całe miasto i na niego zdążył.
W drodze powrotnej typowa Grażyna też chciała zaoszczędzić i polowała na bilet -50%, więc jedzie 5 godzin na stojąco w pełnej cenie… Plan był następujący: Wars — najpierw obiad, potem herbata, deser, kawa, jakaś małpeczka za pomyślnie napisane kolokwia i 5 godzin do Gdyni na siedząco (uważam, że bilety stojące powinny być tańsze, bo człowiek drugie tyle w Warsie musi zostawić).
Zamiast Warsu jest automat z przekąskami. Bez małpek. Skandal. A jakby ktoś dawno nie jechał pociągiem i cały czas czytając ten tekst zastanawiał się, to: opóźnienia dalej są. A w kiblach dalej syf jak ćwierć wieku temu.
Za utrudnienia w podróży przepraszają.



